Odkąd sięgam pamięcią, zawsze przy naszym boku były psy. Małe, średnie, psy rasy „śmietnikowej”. Nigdy wielkie. Mimo, że nie miały rodowodów, nie były specjalnie szkolone – były zawsze zadbane i kochane. Miały swój kąt, odwdzięczały się dozgonnym przywiązaniem, pilnowaniem domu i obszczekiwaniem albo i nie obcych. Gdy dzieci dorosły nastał okres pustki
Przyszły długie, zimowe wieczory, które skłaniały do refleksji i dzięki surfowaniu bo necie mój mąż przypadkowo albo i nie - otworzył stronę psów ze schroniska. W ten sposób znalazł się u nas Klaid, nadal rasy „śmietniskowej” – terier. Był chyba już w sędziwym wieku, bo ciepły kąt, własną miskę mleka mogliśmy mu zapewnić przez krótkie 3 lata. Obserwowaliśmy wszyscy jego przemianę jak z zamkniętego, lękliwego psa stawał się powoli psem radosnym, ufnym tylko nam. W jego oczas dopiero po dłuższym czasie można było zobaczyć iskierki radości ze szczęścia. Nie długo po tym jak Klaid zadomowił się mąż napomknął o psie rasie dużej – nowofundland. Twierdził, że zawsze chciał tylko nigdy nie miał czasu żeby zrealizować swoje marzenia.






